Zaraz zaraz, a gdzie jesień?
Teoretycznie w języku albańskim mamy nazwy czterech pór roku, ale w mentalności
mieszkańców wybrzeża funkcjonują tylko dwie – lato i zima. Październik to już
nie do końca lato, bo wieczorami czuje się chłodną aurę, ale jeszcze nie zima,
bo słoneczne dni nadal sprzyjają plażowaniu. W listopadzie nadchodzą pierwsze
burze i to właśnie ten moment, kiedy miejscowi zaczynają zauważać oznaki zimy. Każdy Polak,
słysząc narzekającego na dwadzieścia stopni Albańczyka, popuka się w głowę, ale
zima to zima, nawet gdy temperatura nie spada poniżej zera i śnieg w regionie
nadmorskim to rzadkość. Gdyby ktoś szukał prawdziwej zimy, nie musi jechać w
wysokie góry – wystarczy znaleźć się kilkanaście kilometrów poza Sarandą w
stronę przełęczy Muzina i już mamy zimę ze śniegiem i mrozem. Trzeba jednak
przyznać, że w samej Sarandzie pogoda od listopada do marca jest naprawdę
piękna (nieprzypadkowo okolica słynie z prawie trzystu dni słonecznych w roku!)
i nawet okresowe deszcze nie psują nikomu humoru.
Tym bardziej, że zima na
południu Albanii ma kolor… zielony. Wystarczy kilka kropel deszczu po suchym i
upalnym lecie, a przyroda natychmiast budzi się do życia. Zamiast spadających
liści i przymrozków na wybrzeżu Morza Jońskiego znów robi się zielono, a niektóre
rośliny ponownie zakwitają. Dojrzewają granaty i kaki, rozpoczyna się sezon na
cytrusy i oliwki, rolnicy mają pełne ręce roboty przy zbiorach. Listopad to
również czas wesołej zabawy na różnych rolniczych festiwalach. Na Riwierze w
miejscowości Piqeras niedawno skończył się Festiwal Oliwek, a za dwa tygodnie
odbędzie się Festiwal Mandarynek we wsi Mursi koło Konispola.
Kiedy na wycieczkach mówię o
klimacie regionu południowego, zawsze w końcu pada nieśmiertelne pytanie – „Czym
oni tu grzeją?”. I rzeczywiście, z tym mamy spory problem. Każdy mieszkaniec
miasta marzy, żeby na zimę przenieść się do domku babci w jednej z uroczych, kamiennych
wsi w okolicach Gjirokastry, bo tam zazwyczaj pali się w piecu drewnem. Kto nie
ma takiej możliwości, dogrzewa się ciepłem z klimatyzatora (który w niczym nie
pomaga przy chłodnym wietrze od morza) albo grzejnikiem elektrycznym. Zarówno
stare, jak i nowe budownictwo niestety nie uwzględnia ogrzewania centralnego,
dlatego na zimę warto się zaopatrzyć w wełniany sweter i grube, ręcznie robione
skarpety sprzedawane masowo o tej porze roku przez starsze panie. Teraz już
wiecie, co najbardziej polecam jako pamiątkę ze Starego Bazaru w Gjirokastrze! Do
tego kubek gorącej herbaty z gojnika, tzw. herbaty górskiej, i zima nam
niestraszna. Byle do 14 marca, czyli Dnia Lata („Dita e Verës”), ale to już
inna historia…



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz