czwartek, 14 listopada 2019

CYKL - PANI KASIU... - "Czy tu jest zima?"








Zaraz zaraz, a gdzie jesień? Teoretycznie w języku albańskim mamy nazwy czterech pór roku, ale w mentalności mieszkańców wybrzeża funkcjonują tylko dwie – lato i zima. Październik to już nie do końca lato, bo wieczorami czuje się chłodną aurę, ale jeszcze nie zima, bo słoneczne dni nadal sprzyjają plażowaniu. W listopadzie nadchodzą pierwsze burze i to właśnie ten moment, kiedy miejscowi zaczynają zauważać oznaki zimy. Każdy Polak, słysząc narzekającego na dwadzieścia stopni Albańczyka, popuka się w głowę, ale zima to zima, nawet gdy temperatura nie spada poniżej zera i śnieg w regionie nadmorskim to rzadkość. Gdyby ktoś szukał prawdziwej zimy, nie musi jechać w wysokie góry – wystarczy znaleźć się kilkanaście kilometrów poza Sarandą w stronę przełęczy Muzina i już mamy zimę ze śniegiem i mrozem. Trzeba jednak przyznać, że w samej Sarandzie pogoda od listopada do marca jest naprawdę piękna (nieprzypadkowo okolica słynie z prawie trzystu dni słonecznych w roku!) i nawet okresowe deszcze nie psują nikomu humoru. 





Tym bardziej, że zima na południu Albanii ma kolor… zielony. Wystarczy kilka kropel deszczu po suchym i upalnym lecie, a przyroda natychmiast budzi się do życia. Zamiast spadających liści i przymrozków na wybrzeżu Morza Jońskiego znów robi się zielono, a niektóre rośliny ponownie zakwitają. Dojrzewają granaty i kaki, rozpoczyna się sezon na cytrusy i oliwki, rolnicy mają pełne ręce roboty przy zbiorach. Listopad to również czas wesołej zabawy na różnych rolniczych festiwalach. Na Riwierze w miejscowości Piqeras niedawno skończył się Festiwal Oliwek, a za dwa tygodnie odbędzie się Festiwal Mandarynek we wsi Mursi koło Konispola.





Kiedy na wycieczkach mówię o klimacie regionu południowego, zawsze w końcu pada nieśmiertelne pytanie – „Czym oni tu grzeją?”. I rzeczywiście, z tym mamy spory problem. Każdy mieszkaniec miasta marzy, żeby na zimę przenieść się do domku babci w jednej z uroczych, kamiennych wsi w okolicach Gjirokastry, bo tam zazwyczaj pali się w piecu drewnem. Kto nie ma takiej możliwości, dogrzewa się ciepłem z klimatyzatora (który w niczym nie pomaga przy chłodnym wietrze od morza) albo grzejnikiem elektrycznym. Zarówno stare, jak i nowe budownictwo niestety nie uwzględnia ogrzewania centralnego, dlatego na zimę warto się zaopatrzyć w wełniany sweter i grube, ręcznie robione skarpety sprzedawane masowo o tej porze roku przez starsze panie. Teraz już wiecie, co najbardziej polecam jako pamiątkę ze Starego Bazaru w Gjirokastrze! Do tego kubek gorącej herbaty z gojnika, tzw. herbaty górskiej, i zima nam niestraszna. Byle do 14 marca, czyli Dnia Lata („Dita e Verës”), ale to już inna historia…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz