Fantazja Albańczyków za
kierownicą (wbrew pozorom) wcale nie powoduje wielu wypadków. Dlaczego? To
proste – tu jeździ się intuicyjnie i zgodnie z logiką. Przede wszystkim
trzeba dostosować się do bieżącej sytuacji na drodze, niekoniecznie do
znaków. Wystarczy obserwować, jak zachowują się inni kierowcy i nabrać trochę
pewności siebie. Nie znaczy to, że żadne zasady nie obowiązują.
Naczelna zasada, która nie
zależy od gabarytów pojazdu ani jego marki, to – KSIĘŻNICZKI MAJĄ ZAWSZE
PIERWSZEŃSTWO! Krowy, kozy, owce czy
osiołki wcale nie mają obowiązku usunąć się z drogi. My musimy cierpliwie („avash avash!”) poczekać, aż łaskawie
skierują się w inną stronę. Dotyczy to
zarówno ulic miejskich, jak i małych dróg wiejskich. Bywa że i piesi zaliczają
się do „księżniczek” (szczególnie w Tiranie), ale to raczej objaw braku
wyobraźni.
Co z tym pierwszeństwem? W
dużych miastach zazwyczaj sprawę upraszcza sygnalizacja świetlna, ale próżno
jej szukać na przykład w Sarandzie. Pierwszy jedzie ten, któremu bardziej się
spieszy i po prostu jest bardziej zdecydowany. Niestety kierowcy nie
ułatwiają sprawy i rzadko korzystają ze świateł kierunkowych. Tu trzeba zdać
się na wyczucie i pewnego rodzaju jasnowidztwo.
Legendarne albańskie ronda
to temat przewijający się na wszystkich forach o kraju. Nic dziwnego – dla
turysty z zewnątrz wyglądają jak jeden wielki chaos, będąc dowodem na dzikie
obyczaje. Ale patrząc na sytuację rozsądnie – czy naprawdę mamy czekać, aż
autobus odblokuje nasz pas ruchu, kiedy drugi jest wolny i akurat nie ma na nim
innego pojazdu? A co w wypadku, gdy ktoś pobiegł do sklepu po byrek i zostawił samochód na światłach
awaryjnych przy rondzie? Przecież możemy przejechać bez problemu, cóż że pod
prąd… Może dla mieszkańców innych części Europy to brzmi jak zasady rodem z
Somalii, ale jednak ten system się sprawdza! Dlaczego? Bo nikt tu się nie
denerwuje, „avash avash”… A
klaksonem można się pozdrowić, a niekoniecznie kogoś poganiać, wykrzykując
nerwowo „kto im dał prawo jazdy?!”.
To prawda że prawo jazdy w
Albanii można zrobić na dwa sposoby – przejść kurs i zdać egzamin albo zapłacić
więcej i dostać dokument prawie od ręki. Jednak prawdziwym sprawdzianem są
albańskie drogi, na których nawet sami Albańczycy bywają zestresowani (Przełęcz
Muzina zimą, podjazd na Zamek Lëkurësi itd.), dlatego trzeba
mieć dobrze opanowaną umiejętność manewrowania pojazdem w różnych warunkach,
a tu potrzebne jest doświadczenie. Niekoniecznie duży może więcej. Kto widział,
jakie cuda robią moi kierowcy w Sarandzie, doskonale wie, o czym mówię!
Ktoś mógłby zapytać – a
gdzie jest policja? Policjantów oczywiście można spotkać w każdej miejscowości,
ale ich zadaniem (szczególnie w sezonie) jest odblokować ruch i zapewnić jego
płynność. Godzinne wypisywanie mandatów wcale w tym nie pomaga. Policjant
raczej przypomni o obowiązku włączenia świateł albo zapięcia pasa i każe jechać
dalej niż wypyta o dokumenty pojazdu czy wlepi karę. Choć w sezonie bywają
zorganizowane odgórnie akcje wypisywania kar za wszystko, na szczęście trwają
krótko.
Jeszcze kilka słów o tych
nieszczęsnych światłach awaryjnych. O „sytuacjach awaryjnych” pisałam w poście
na temat myślenia avash avash,
ale światła te mogą być użyte także w sytuacji naprawdę awaryjnej. Pamiętajcie,
że w małych miejscowościach, gdzie trudno o szybki dostęp do karetki pogotowia,
kierowcy często, wioząc do szpitala chorą osobę, włączają światła awaryjne i
pędzą do szpitala, nie patrząc na warunki drogowe. Takiemu pojazdowi zawsze
ustępujemy, bo to może uratować komuś życie.
Podsumowując - jak jeździć
po Albanii? Sprytnie i z głową. Powodzenia!





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz